Moja praca wygląda mniej więcej tak:
Umawiam się z potencjalną klientką na czat tutaj na Facebooku, na ok. 30-45 minut.
Zazwyczaj mam tych spotkań poumawianych sporo, jedno za drugim, ale nie wszystkie spotkania dochodzą do skutku.
Pierwszym i najczęstszym powodem braku spotkania jest po prostu niestawienie się osoby na umówioną godzinę. Zazwyczaj witam się, osoba odczytuje, ale siedzi cicho.
Kolejnym powodem jest choroba, śmierć w rodzinie, skręcenie kostki, biegunka, omdlenie, ból głowy i koniec świata. Najlepsze jest to, że mimo tych wszystkich kataklizmów, świetnie wychodzi im dalej surfowanie po Facebooku, wstawianie komentarzy, lajkowanie, nawet podczas „pogrzebu”, który wypadł w terminie naszego spotkania, umówionego dzień wcześniej.
Zawsze mi się wydawało, że pogrzeby ogłasza się znacznie wcześniej, niż tylko z dziennym wyprzedzeniem :))))
Ok, lecimy dalej.
Kiedy już dochodzi do spotkania, muszę się zmierzyć z kolejną falą uprzedzeń.
– Ile to kosztuje?
– Jak to są suplementy, to ja dziękuję.
– Jak to jest JP, to ja dziękuję
– Ile i czemu tak drogo?
– Od razu zaznaczam, że jeśli to kupowanie jakichkolwiek produktów, to ja dziękuję.
I tak dalej, i tak dalej…
Następny elegancki wstęp, zanim w ogóle zaczniemy konkretną rozmowę:
– No to, co mam jeść?
– Co masz mi do zaproponowania?
– No to dawaj, bo nie mam czasu.
– Jem zdrowo, co możesz mi więcej pokazać? (jeśli je zdrowo, dlaczego ma problem?)
I tak przez całe lata rozmowy z ludźmi, którzy potrzebują pomocy, nie należą do rzeczy najłatwiejszych.
Zaledwie 10%!
Mogę śmiało powiedzieć, że zaledwie 10% ze wszystkich moich spotkań, a były ich setki, setki, setki, to były fajne, ludzkie rozmowy, gdzie mój rozmówca był rzeczywiście zainteresowany tym, co ja mogę mu pokazać i podał mi wszystkie informacje o sobie, które były mi potrzebne.
Zdecydowana większość jest pełna uprzedzeń i ma postawę roszczeniową, bo skoro już umówiła się ze mną na rozmowę, to wyświadcza mi przysługę i poświęciła swój cenny czas.
Jest to jeden z wariantów rozmowy, gdzie rezygnuję z kontynuowania, bo nie da się pomóc osobie, która uważa, że cały świat ponosi winę za jej stan i wszyscy muszą bezwarunkowo być do dyspozycji, co oznacza w praktyce, zrobić wszystko za nią.
Kiedy oznajmiam, że nie widzę sensu kontynuowania takiej rozmowy, zdarza się, że otrzymuję soczystą wiązankę na pożegnanie.
W sytuacji, kiedy już przechodzimy przez pierwszą fazę rozmowy, czyli zwykłe powitanie, zapoznanie się, kilka uwag dotyczących czegokolwiek, np. samopoczucia, przechodzę do wywiadu.
Zadaję mnóstwo pytań. Muszę je zadać i muszę je zadać osobie zainteresowanej, nie sąsiadowi, mamie, tacie czy koleżance.
I znów pod górkę. Po co te pytania?
I właśnie te pytania to najważniejsza część naszej rozmowy. Fundamentalna, bo kiedy ja zadaję pytania, bardzo często klientka sama sobie odpowiada na pytania nigdy wcześniej niezadane i zaczyna rozumieć, gdzie tkwi problem, co trzeba zrobić.
Ja nie tłumaczę, ja pytam, bo to najlepszy sposób na to, by klientka otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia, że nie wpadła na to wcześniej.
Pytania otwierają umysł, nie gotowe odpowiedzi.
Kolejny etap to akceptacja faktu, że muszę zadawać pytania. I trzeba naprawdę ogromnej wprawy, żeby przebić się przez mur kłamstwa.
Kłamstwo jest nieświadome. Odpowiedzi, jakie otrzymuję, są wymijające.
To, czego najbardziej brakuje w naszym życiu to PRAWDY.
Nie ma jej nigdzie, zastępuje się ją sloganami usłyszanymi od innych i to powoduje, że bardzo trudno jest pomóc komuś, kto nie jest w stanie otworzyć się i wyznać prawdy wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne.
I to jest głównym powodem uniemożliwiającym pomoc takiej osobie.
Jeśli umawiam się na spotkanie z kimś, kto ma mi pomóc, jestem gotowa na totalną i szczerą spowiedź, bo tylko wtedy ta osoba, która jest dla mnie ekspertem, będzie miała wszystkie potrzebne dane, aby dokonać analizy i ustalić strategię działania.
Jeśli będę opowiadać głupoty albo robić wybiegi ze wstydu, albo z urojonej obawy, nigdy nie otrzymam właściwej pomocy.
Zawsze wydawało mi się to oczywiste, a jednak kiedy zaczęłam prowadzić podopiecznych, okazało się, że brak prawdy jest jak wirus.
Oto kilka powodów:
– Ciekawość. Klientka nie marzy o tym, żeby np. schudnąć, ale jest ciekawa, co mogę zaoferować, może się akurat przyda.
– Klientka ma potrzebę zrzucenia kilogramów, bo waży np. 140 kg, więc jest to taki stan, gdzie wydawałoby się, że ma cel i wręcz marzy o tym, żeby być szczupłą. Tutaj Cię zaskoczę — taka osoba najrzadziej się decyduje na program, a jeśli już, to rzadko robi to, co trzeba. Napiszę o tym innym razem.
– Nie ma do mnie zaufania. Takich jak ja jest w sieci tysiące, więc za którymś razem trafi.
– Nie ma pojęcia, że to jest ważne.
– Wstydzi się.
Kiedy już mamy za sobą wywiad, wiem, jaki jest problem, wiem, co dalej należy zrobić i pokazuję strategię działania.
Te osoby, które decydują się na przystąpienie do programu, są pełne obaw, ale i nadziei.
Mają swój jasny cel, mają wizję siebie za jakiś czas i są gotowe na każde wyzwanie, ale cholernie się przy tym boją, że nie wytrwają.
Największym wrogiem jest strach przed porażką i jest on jak najbardziej zrozumiały. Wszyscy się tego boimy, ale nikt się nie chce do tego przyznać przed sobą.
W trakcie trwania programu, kiedy pojawiają się pierwsze efekty, zazwyczaj po pierwszym tygodniu detoksu leci sporo kilogramów (uwaga, to nie tłuszcz znika), a po następnym już nie, zaczyna się kolejny etap pracy z klientką.
Mimo że dostaje codziennie dawkę wiedzy, jak to wszystko wygląda od środka, dlaczego w pierwszym tygodniu tyle poleciało, a w drugim mniej, co należy zrobić, żeby to wszystko działało stabilnie i efekty były widoczne we właściwym czasie, jak działa organizm, jakie to są mechanizmy, to i tak jest wielkie oczekiwanie na cud.
I to też jest normalne. My wszyscy mamy wiecznie niegasnącą nadzieję na dobre rzeczy.
Kilka tygodni później, gdy wyniki są naprawdę fajne, nadchodzi moment nasycenia się sukcesami i silne przeświadczenie, że teraz mogę sobie pozwolić na więcej.
Na własne życzenie jak spod ziemi wyrastają ku temu sposobności i mogłabym je wymieniać do wieczora.
I tak naprawdę program kończy z sukcesem i po latach nadal ma ten sukces tylko 2% osób.
Cała reszta to są syzyfowe prace, na okrętkę, w kółko Macieju.
Te 2% osób, które już na całe życie mają swoją wymarzoną wagę, formę i sylwetkę spełniło kilka prostych warunków. Dali sobie czas i miejsce na wiedzę, żeby się nauczyć i zrozumieć, jak działa nasz organizm, dlaczego mam jeść tak, a nie inaczej, by nie wykonywać czynności jak robot.
Kucie na pamięć to nie jest wiedza.
Dali sobie szansę na popełnianie błędów i nieużalanie się nad sobą, że ja nie dam rady, nie wytrzymam bez słodyczy itd.
Pozwolili sobie na luksus przyznania się do tego, że sami sobie nie poradzą i potrzebują więcej wiedzieć.
I są to osoby, które nigdy nie zniknęły. To też wydaje mi się ważne. Osoby, które znikają w trakcie programu i potem wracają i chcą zacząć od nowa, nigdy nie kończą. Nigdy nie osiągają celu.
Wygrywa zawsze strach przed porażką, czyli samospełniająca się przepowiednia.
A tak naprawdę powiem Ci jedno. Nie ma czegoś takiego jak dieta odchudzająca. Te wszystkie programy mają w zasadzie jeden cel. Zaprowadzić w życiu klienta porządek, systematyczność, czyli jednym słowem — DYSCYPLINĘ i nauczyć ich ODPOWIEDZIALNOŚCI.
W zasadzie kolejność powinna być odwrotna.
Jeśli jesteś osoba odpowiedzialną, to potrafisz się zdyscyplinować i nie potrzebujesz pomocy nikogo z zewnątrz, a jedynie wiedzy.
I konkluzja jest taka. 98% ludzi jest nieodpowiedzialnych. Ten brak odpowiedzialności wynika z wielu rzeczy, środowiska, wychowania, nieważne. On jest…
Ale dobra informacja jest taka, że odpowiedzialność to rzecz nabyta. Nie trzeba się z tym urodzić, ale można to wypracować. Trzeba tylko dorosnąć do tego :)))
Jednak tutaj muszę dodać jeszcze jedną rzecz na koniec. Rozmowy na Facebooku nie są tym samym, co w gabinecie u dietetyka. Większość z tych osób nie pozwoliłaby sobie na ordynarne i wulgarne zachowania mając przed sobą człowieka z krwi i kości, natomiast czat stwarza wrażenie, że po drugiej stronie siedzi cham i trzeba go po chamsku traktować.
Pamiętajmy, że internet to nie jest anonimowość, to mit, w który wierzą niektórzy, ale jest to niezawodne lustro pokazujące prawdziwą naturę człowieka.
Mimo wszystko kocham te rozmowy, bo dzięki nim uczę się przede wszystkim komunikacji z drugim człowiekiem i nawet te paskudne rozmowy nie są takie straszne, kiedy się wejdzie w skórę osoby po drugiej stronie.
꧁ 🌸 Różowa Klara 🌸 ꧂
20 maja 2021
Skomentuj ten wpis
5


