
Rok trwała moja walka z nagłym atakiem najpierw grzybicy i zaraz po kilku dniach półpaśćca.
Grzybica agresywna, o jakiej nie słyszałam w życiu, a zajmuję się nią od 30 lat. Moje uszy krwawiły, ogłuchły i w pełni zajęte były na przemian wrzodami wypełnionymi ropą lub kwitnącą radośnie pleśnią.
Dopiero dziś, czytając książkę Gabora Maté wszystko układa się w całość. Potężny stres od 2 lutego 2024 aż do końca lipca związany z ciężkim stanem mojego męża zaowocował reakcją mojego organizmu. Tłumaczy to totalna biologia czy medycyna germańska. Ale…
Nie byłoby tak mocnego tąpnięcia. Prawdopodobnie nic z tych rzeczy nie wydarzyłoby się u mnie gdyby nie element, związany z moim awansem w pracy. Powtórzyła się sytuacja z 2019 roku kiedy w kolejnym roku szykowało się wielkie wydarzenie w firmie dla tych, którzy się zakwalifikują.
Nagrodą był opłacony przez firmę wylot do Dubaju i pobyt w podobno najdroższym hotelu świata. Kiedy firma ogłosiła ten ewent, ja się przeraziłam. Ponieważ awansowałam, jak po sznureczku, wiedziałam, że dla mnie to oczywista oczywistość, że będę musiała polecieć do Dubaju.
Był to moment, kiedy mój biznes zwolnił. Nawet prawie się zatrzymał. Nieświadomie, albo i świadomie robiłam wszystko, aby się nie zakwalifikować. Udało mi się nie polecieć! Moja kariera się posypała…
I znów w ub roku kolejny wyjazd firmowy, ale do Chorwacji. Na tydzień. Tu już nie musiałam nic robić, bo już spełniłam wszystkie warunki. Ale mój umysł trzymał wszystko w ryzach, dopóki opiekowałam się mężem. Musiałam być na chodzie. W momencie kiedy on już zaczął poruszać się samodzielnie w domu i poza nim, a były to ostatnie dni lipca, na samym początku sierpnia umysł zwolnił zapory i zalała mnie krew…. Dosłownie.
Poczucie odpowiedzialności, jako lider, który daje przykład, jest na ważnych ewentach, aby dać innym dowód na to, że każdy może się znaleźć na moim miejscu, potrzeba wykazania się w oczach moich mentorów i w ogóle przekonanie, że muszę tam być i już nie wywinę się z tej podróży skrycie pogłębiały i zaostrzały ogniska zapalne, bóle nie do zniesienia, nieprzespane noce, stałe dzwonienie w uszach, głuchota.
Dzisiaj widzę to wszystko, jak na dłoni i mimo jakiejś tam wiedzy, zdawałam sobie sprawę, że mam do czynienia z krzyczącym ciałem na podjęcie decyzji. Co rusz załatwienie jakiegoś doraźnego problemu uśmierzało objawy na chwilkę, dając mi złudne uczucie ulgi, by po dwóch dniach wrócić z podwójną mocą. Czyli problem leży głębiej.
Początek grudnia przynosi nową odpowiedź już nie tylko mojego ciała, ale i całego mojego świata. We własnym mieszkaniu, schodzę po schodach i łamię nogę. Kolejny krzyk, że mam siedzieć na dupie, bo to jest dla mnie bezpieczne.
Dla mnie czy dla moich traum?
Mija rok. Wypełniam formularz, godzę się z faktem, że za miesiąc muszę jechać do Chorwacji na tydzień. Do pięknego miejsca, z cudownymi ludźmi, na spotkanie których nie mogę się doczekać, ale wiem, że chciałabym ich spotkać w zupełnie innych okolicznościach. Na innym ewencie i tylko w Polsce.
Świat kolejny raz mnie zatrzymuje
Mój mąż źle znosi radioterapię. Gaśnie. Nie wychodzi, wymiotuje, nie chce żyć. Jest niezdolny do podróży. Kontaktuję się z firmą, opisuję sytuację i otrzymuję ogromne wsparcie oraz zrozumienie. Rozmawiam też wcześniej z mentorami. Cały stres ze mnie opada.
2 września kilka osób z mojego zespołu jest w drodze do Chorwacji. Moje uszy w jakiś magiczny sposób przestają boleć. Ciekawe na jak długo. Przez ostatni rok codziennie, a nawet dwa razy dziennie za pomocą endoskopu czyściłam zaropiałe i zakrwawione uszy. Dezynfekowałam, wpuszczałam lekarstwa i cierpiałam.
13 września zespół wraca do domu. Koniec wakacji na koszt firmy. Od czasu do czasu biorę endoskop, żeby zobaczyć, jak tam się mają moje uszy. Czyste, gładkie, zero wykwitów, zero bólu, zero oznak, że kiedykolwiek były chore.
Mamy dzisiaj 1 października. Wczoraj zorientowałam się, że nic mi w uszach nie dzwoni i jestem spokojna. Ile ja się naszukałam przez ten rok powodów tego problemu. Może klientki, może nadmiar obowiązków, może coś tam… Ale od wczoraj czytam książkę „Kiedy ciało mówi nie” i wszystko układa się jak doskonałe puzzle.
Mam jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Jeszcze nie wiem, co to jest. Pozostał mały punkcik na nodze. Pojawił się niedawno i jest objawem stricte psychosomatycznym, ale już mam przypuszczenia, tylko muszą się skrystalizować, a wciąż związane są z moją karierą zawodową. Od jakiegoś czasu jestem na rozdrożu życiowym, o czym pisałam w poprzednim wpisie, dlatego zmieniam modus operandi.
Podejrzewam, że to tylko półśrodek. Czuję, jak w moim środku coś krzyczy wręcz, że mam obrać totalnie inny kierunek i to, co robię teraz już się skończyło. Tak to odczytuję, tak czuję, ale jeszcze nie wiem na 100%, lub nie chcę wiedzieć, o co dokładnie chodzi. W każdym razie wszystko się klaruje, bo wróciłam na maksa do transerfingu, do ładowania potoków, do treningów i czuję, jak wszystko się pięknie znowu rozwija.
Nawet teraz, pisząc te ostatnie słowa uderzyła mnie myśl, odpowiedź. Właśnie mnie olśniło dlaczego ten punkcik pojawił się na nodze. Czas pokaże, czy dobrze odczytałam tę myśl.
Decyzję już podjęłam, wprowadzam zmiany i one mnie uskrzydlają, więc idę w dobrym kierunku. Zamykam stare. Zamykam drzwi do ludzi, do sytuacji, do okazji, które nie są moje. Zaczynam nowe życie i cieszę się na nie.
Życie w oszustwie wobec siebie pociąga za sobą straszne konsekwencje. Niesłuchanie intuicji i postępowanie zgodnie z oczekiwaniami innych, lub tylko z własnym wyobrażeniem o tych oczekiwaniach to sprzeniewierzenie się sobie, własnej duszy i boskiej iskrze w nas. Prawda jest najważniejsza i wiem, że tam gdzie ta prawda jest, tam nie ma chorób, nie ma problemów i nie ma braku.
Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego służbowe wyjazdy, opłacone w 100%, gdzie nie musiałabym nawet pieniędzy zabierać, tak mnie blokują. Dubaj był jeszcze przed feralnym lądowaniem w Pizie i jeszcze wtedy cieszyło mnie latanie samolotami więc nie o to chodzi.
Kiedyś powtarzałam, że nie lubię opłacanych wycieczek ani aut w bonusie od firmy. Tutaj to wszystko jest, a ja nie korzystam. Jeszcze nie znam odpowiedzi, chociaż coś mi się tam w głowie tli. Wracam do ebooka Gabora Maté.


